Jeszcze kilka lat temu mówiło się, że Polska ma szansę zostać hubem przeładunkowym dla chińskich towarów ze względu na centralne położenie i obecność w UE. Jak to wygląda teraz?

Po pierwsze, jesteśmy w sercu Europy, czyli jesteśmy takim państwem środka w centrum kontynentu. Wszyscy to w Chinach widzą i wiedzą. Dlatego nadal chcą z nami współpracować nie zrażając się trudnościami. Jednak po drugie, kiedy mówiono o Polsce jako o hubie, a było to po dojściu u nas obecnej ekipy rządzącej do władzy w 2015 roku, to była to zupełnie inna epoka.

Dlaczego?

Był to jeszcze okres zaangażowania Stanów Zjednoczonych we współpracę Zachodu z Chinami. Tymczasem od 2018 roku mamy zupełnie nowy etap. To już okres strategicznej rywalizacji oraz wojny handlowej pomiędzy USA i Państwem Środka. Ostatnie wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych wiele zmieniły, ale akurat podejścia do Chin nie. A przynajmniej nie za bardzo. I w tym sensie polskie władze stoją przed trudniejszym wyborem.

Polski rząd przed ostatnim szczytem 17+1, który odbył się 9 lutego br., poinformował, że Polska zainwestuje w port przeładunkowy w Małaszewiczach. Gospodarczo to chyba uzasadniona inwestycja?

Jeżeli będzie skorelowana ze wszystkimi projektami w ramach chińskiego Jedwabnego Szlaku, tego lądowego, bo jak wiadomo są dwa szlaki: morski i lądowy, to jest jak najbardziej uzasadniona. Szacunkowe obliczenia wskazują, że 80 proc. chińskich towarów dostarczanych koleją trafia do Europy przez Małaszewicze. Teraz wiemy już, że Viktor Orban podjął decyzję o bliskiej współpracy z Chinami w wielu dziedzinach. Jednym z nich jest budowa portu przeładunkowego na granicy z Ukrainą. Oczywiście Chińczycy zdają sobie sprawę, że nie jest to lokalizacja pomiędzy Rosją a Niemcami, między Moskwą, a Berlinem, ale z tej opcji też mogą skorzystać, w szczególności gdy my byśmy nie inwestowali. Natomiast na razie są to tylko polskie deklaracje. Jak rozumiem, ta inwestycja nie jest jeszcze realizowana. Nawet nie wiem czy sporządzono już studium wykonalności. Poczekajmy więc, bo o Centralnym Porcie Komunikacyjnym (CPK) też mówimy od lat. Był on już nawet wcześniej ujmowany w planach chińskich. Wynikało z nich, że gdzieś w okolicach Łodzi powinien być taki centralny hub komunikacyjny dla całej Europy. I z Łodzi – sam widziałem chińskie projekty – szło to w dziewięciu kierunkach m.in. do Niemiec, Beneluksu, Skandynawii, Wenecji oraz do Pireusu gdzie jak wiadomo kończy się morski Jedwabny Szlak.

CZYTAJ TAKŻE: Sprzedaż w Azji po nowemu – od kosmetyków do synbiotyków

To co z Łodzią, której władze podpisały już niejeden list intencyjny w sprawie potencjalnej współpracy z partnerami chińskimi?

Łódź podpisała wiele porozumień i ma dobrze rozbudowaną i stałą współpracę z Chinami. Jeszcze zanim Chińczycy, czyli przewodniczący Xi Jinping, ogłosili przebieg jedwabnych szlaków to już firma z Łodzi uruchomiła pociągi do Chin. Akurat w tym przypadku nawet wyprzedziliśmy chińskie zamiary. Ostatecznie jeden z ministrów (red. – Antoni Macierewicz) nie zgodził się na przekazanie Chinom działki będącej w gestii Agencji Mienia Wojskowego i nic od tamtej pory się nie zmieniło. Chińczycy są jednak pragmatyczni. Pociągi ruszyły i wobec tego podpisali porozumienia z władzami lokalnymi w Kutnie. I tam jest aktualnie taki port przeładunkowy. Pociągi nadal przez Polskę idą i szły będą.

Nowy lądowy Jedwabny Szlak rodzi się w bólach głównie ze względu na narastającą konfrontację pomiędzy USA a Chinami, w której po części i Polsce przychodzi uczestniczyć?

Przede wszystkim ze względu na to, że jest już zupełnie inne podejście do Chin. Zobaczymy co zrobi z tym Europa. Pod koniec grudnia 2020 r. kanclerz Niemiec Angela Merkel korzystając z niemieckiej prezydencji w Unii Europejskiej przeforsowała wielką umowę inwestycyjną na linii UE-Chiny. Ona będzie teraz procedowana w Parlamencie Europejskim z wielkimi emocjami i kontrowersjami, które widać i po naszej stronie. Umowa ta nie trafi do parlamentów krajowych, bo tam zapewne, w którymś z nich zostałaby odrzucona. Później trzeba ją ratyfikować i podpisać co prawdopodobnie przypadnie na początek przyszłego roku, kiedy to już będzie prezydencja francuska. Toczy się gra o Europę i to jest gra bardzo ważna.

W stosunkach z Chinami powinniśmy naśladować pragmatycznych Niemców?

To jak będą postępowali Niemcy jest dla nas kluczowe, gdyż 1/3 naszego eksportu trafia do Niemiec, a 80 proc. na jednolity rynek europejski. W tym sensie to co będzie się działo za Odrą jest dla nas ważne. Szczególnie, że wiele polskich firm, czy szerzej z Grupy Wyszehradzkiej, to poddostawcy i  podwykonawcy firm niemieckich. Potem ich wyroby trafiają jako eksport do Chin. To naczynia połączone. To jest jedna rzecz – co zrobi Europa i co zrobią Niemcy, które najwyraźniej z wielkiego intratnego rynku chińskiego zrezygnować nie chcą. Czy dojdzie do porozumienia transatlantyckiego w sprawie Chin? To jest wielkie pytanie stojące przed nową administracją amerykańską oraz od września br. także przed nową administracją niemiecką, bo jak rozumiem, pani Merkel chyba jednak odejdzie. Jest też druga strona tego medalu.

Jaka?

Jedwabny Szlak nie przynosi takich zysków, jakich pierwotnie spodziewali się Chińczycy. Szykują oni teraz kolejny, odbywający się co dwa lata, szczyt Inicjatywy Jedwabnego Szlaku (BRI). W br. też jest on planowany. Tylko nie znamy jeszcze daty. Myślę, że szczyt ten głęboko zredefiniuje całą ideę. Coraz częściej mówi się np. o cyfrowym jedwabnym szlaku, czyli będzie raczej nacisk na nowe technologie, a niekoniecznie, jak to było pierwotnie – 7 czy 8 lat temu, na infrastrukturę. Wszędzie widać dosyć poważne ruchy robaczkowe i trzeba je pilnie obserwować, bo sytuacja jest dynamiczna.

CZYTAJ TAKŻE: W Chinach treść reklamy musi odpowiadać cechom produktu

A jakie kroki powinna podjąć nasza administracja? Na razie robi mniej lub bardziej udane uniki…

Nasza administracja zajmuje się sobą. Chiny są ciągle daleko poza azymutem naszych zainteresowań. Trzeba ułożyć, co nie będzie łatwe, stosunki z nową administracją amerykańską. One mogą być poprawne, ale nie będą kordialne, jak za prezydentury Donalda Trumpa. Szczególnie, że prezydent Joe Biden będzie naciskał na wartości, co Trumpa w ogóle nie interesowało, czyli prawa człowieka, praworządność, wolne media, kwestie związane z LGBT. Wszystkie te rzeczy będą w kręgu zainteresowań nowej administracji amerykańskiej, co niewątpliwie utrudni nasze oficjalne relacje. Czy u nas jest taki nurt, który powiedziałby – no dobrze z Amerykanami się nam nie najlepiej układa, to idziemy do Chin. Śmiem wątpić.

U nas stawiamy raczej na współpracę z Tajwanem, bo w zeszłym roku wybuchła kwestia Hongkongu. Hongkong został podporządkowany prawodawstwu z ChRL. A to niejako automatycznie stawia na oficjalnym świeczniku kwestię tajwańską. Polska raczej Tajwan popiera, bo demokracja, prawa człowieka. Odnosi się nawet wrażenie, że zamiast zająć się prawami człowieka i demokracją u nas, to zajmujemy się nimi na Tajwanie.

A na co w tej sytuacji mogą liczyć nasi przedsiębiorcy? Wydaje się, że z ich punktu widzenia rosnący handel z największym eksporterem i importerem świata, jakim są Chiny, byłby mile widziany?

Po pierwsze, wciąż mamy pandemię. Są utrudnienia. Niełatwo jest pojechać do Chin, bo grozi nam natychmiastowa, surowa kwarantanna. Wobec tego dopóki pandemia się nie skończy to o normalnych relacjach nie będziemy mówili. W Chinach owszem, pandemia jest już pod kontrolą, ale surowe przepisy nadal obowiązują i gdzie tylko pojawia się nowe ognisko zakażeń natychmiast wkraczają tam władze. W tym sensie musimy poczekać i liczyć na to, że zadziałają szczepionki kiedy już zostaniemy zaszczepieni.

Po drugie, ponad 80 proc. naszego eksportu do Chin i naszych relacji handlowych z Chinami to zasługa małych i średnich przedsiębiorstw, czyli bezpośrednia komunikacja samolotowa i inna jest potrzebna.

I po trzecie – najważniejsze, powtarzam to jak mantrę, że w Polsce ciągle nie ma świadomości, że jest w interesie Chin, żeby do Polski wejść. Nie dlatego, że im się podoba ta czy inna polska administracja, tylko tak im wynika z mapy. Dla nas być położonym między Rosją, a Niemcami to historycznie było przekleństwo. A z punktu widzenia Chin jest to najlepsze możliwe położenie, jakie można sobie wyobrazić. Oczywiście oni przychodzą tu z własnymi interesami, koncepcjami i pieniędzmi, ale jeżeli byśmy w to zagrali, to ugrać można wiele. Z tym, że trzeba bardzo uważnie przyglądać się, co robi w tym względzie UE, co robią Niemcy, jak się ułożą na nowo relacje transatlantyckie, które zostały dość mocno nadwyrężone, bo przecież Donald Trump w ogóle nie rozumiał co to jest UE. Nie chciałbym nikogo obrażać, ale on tak skomplikowanego mechanizmu po prostu nie rozumiał i nie chciał zrozumieć. A poza tym był za dwustronnymi dealami, a nie skomplikowanymi, wielostronnymi, ponadnarodowymi rozwiązaniami.

CZYTAJ TAKŻE: Wyłączność dystrybucyjna w Chinach – czy to się opłaca

Jednym słowem biznesmeni powinni czekać na impuls polityczny. Czy taki impuls będzie? Był już sygnał, a nawet dwa, które strona chińska dobrze odebrała. Pierwszy to Małaszewicze, o których mówiliśmy. A drugi to obecność prezydenta RP Andrzeja Dudy na ostatnim szczycie 17+1. Choć był to szczyt wirtualny to i tak wiele państw nie było reprezentowanych na szczeblu premiera czy prezydenta. 6 krajów, a konkretnie 3 bałtyckie plus Bułgaria, Rumunia i Słowenia wysłały tylko ministrów. A była nawet mowa o ambasadorach. Byłby to ogromny policzek dla strony chińskiej, którą reprezentował najwyższy przywódca. Co więcej, Polska jako pierwsza wskazała, że nas będzie reprezentował prezydent RP, co niewątpliwie było bardzo dobrze przyjęte przez stronę chińską przynajmniej od strony polityczno-propagandowo-medialnej. A czy będą z tego konkrety? Dużo od nas zależy, bo strona chińska – powtarzam – chce tu wejść, a nawet już tu u nas, w  kraju, w regionie i na kontynencie jest.

– rozmawiał Artur Osiecki